Moja "przygoda z drzewami" PDF Drukuj Email


Moja  „przygoda z drzewami” zaczęła się trochę przez przypadek i wcale nie tak dawno temu. Spotkałam kiedyś idąc do sklepu, męża mojej profesorki od fizyki  Marii Rachwał, pana Józefa. Zapytał co słychać i czy może wpaść do nas na pogawędkę. Z radością zgodziłam się i jeszcze tego samego dnia popijając kawę, z ogromnym zainteresowaniem słuchaliśmy opowieści o ludziach i drzewach.  Już przy okazji następnej wizyty, przywiózł nam (na swoim nieodłącznym rowerze) wyhodowany przez siebie miłorząb japoński. Wtedy też dowiedziałam się, że lipa, którą posadziłam w 80 roku w moim ogrodzie jako pierwsze drzewo w  życiu,  pochodziła ze szkółki założonej właśnie przez niego w parku przy liceum. Żałuję, że nie spisywałam choćby niektórych informacji.  Dziś już nie pamiętam kto był autorem pomysłu zrobienia w zabytkowym jedlickim parku placu zabaw dla dzieci, kosztem bezmyślnej wycinki wielu cennych drzew. Bezsensownych pomysłów było więcej. Całe szczęście, że cudem odstąpiono od budowy w parku piekarni GS-owskiej.  Nie pamiętam ile drzew zostało wyciętych przez, delikatnie mówiąc lekkomyślność, dyrektora Kunki. Zapomniałam gdzie dokładnie rósł posadzony przy szkole w 10 rocznicę „dąb niepodległości”. Pan Rachwał zmarł w październiku 2002 roku. Jeszcze tej samej jesieni, wycięto na cmentarzu piękne zdrowe lipy i dęby. Potem przyszła kolej na jesiony i brzozy. Zdecydowana większość z tych drzew to były drzewa zdrowe, nikomu i niczemu nie zagrażające. Co by na to powiedział pan Józef? Na pewno byłoby mu przykro przecież Jego niepisany testament, można ująć w słowach: „pilnujcie mi moich drzew”.
Stary cmentarz w KrośnieWiem, że są sytuacje w których zabiegi konserwatorskie są zbyt drogie i wycinka jest konieczna, ale nie może być ona jedyną metodą  „pielęgnacji”. Stary, krośnieński cmentarz jest tego wspaniałym przykładem. Renowacja cennych nagrobków, nie musi i nie powinna prowadzić do dewastacji tego co dla nich jest pięknym, wzbogacającym je tłem. Tym wszystkim, którzy starają się wzbudzać strach przed drzewami polecam lekturę artykułu; „Dendrofobia”.  Poprzedzam go listem, który otrzymałam od jego autora, doktora Ryszarda Kowalskiego, pracownika Instytutu Biologii na Akademii Podlaskiej. Może ten artykuł „zmobilizuje ich do głębszej refleksji nad tym co robią”. Choć przyznam, brak mi w tym względzie optymizmu. 
  
                                                                                                                                     Zofia Zagórska


Szanowna Pani Zofio,

Radość dla mnie tym większa, że ktoś zauważył mój apel i stwierdził, że jego treść jest mu bliska. Bardzo Pani dziękuję za miłe słowa i za ogromną wrażliwość. Ochrona środowiska przyrodniczego jest dziś jednym z najbardziej palących społecznych problemów i dobrze, że są osoby, które chcą się w tę działalność angażować. Niestety czasami społeczników spotykają nieprzyjemności i narażają się (o czym Pani wspomina), ale często także odnoszą oni sukcesy. Nie zniechęcajmy się. W załączeniu przesyłam Pani plik z tekstem o dendrofobii. Nie wiem, którą wersję czytała Pani w Internecie, bo są co najmniej dwie. Ta którą Pani przesyłam jest aktualna. Ja obserwuję wielki dramat drzew na Mazowszu i na Mazurach. Są masowo wycinane zarówno przy drogach jak i na cmentarzach. Proszę dysponować dowolnie przesłanym tekstem i zamieścić go w Internecie na Państwa stronie. Na niektóre pytania zawarte w Pani liście nie jestem w stanie odpowiedzieć nie znając terenu. Jedno jest pewne. Jestem za ochroną drzew, jestem przeciwko plastikowym ozdobom na cmentarzach, bo moim zdaniem umarli nie lubią plastików, jestem za cmentarną skromnością, a nie gigantomanią i przepychem. Bez drzew cmentarze będą kamiennymi pustyniami. Szkoda, że tak wiele osób jeszcze tego nie rozumie.....Serdecznie pozdrawiam z Siedlec.

                                                                                                                                                                             Ryszard Kowalski


Ryszard Kowalski, Instytut Biologii, Akademia Podlaska
Wydział Nauk Przyrodniczych, Wszechnica Mazurska w Olecku

 

                                                  "Kiedy sadzimy nowe drzewo, siejemy też ziarna pokoju”
                                                      Wangari Maathai, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, 2004



Dendrofobia


(Artykuł poświęcony pamięci prof. Stefana Kozłowskiego)


Trwa wielka narodowa wycinka prawie wszystkiego, co wyższe od człowieka, jedynego uzurpatora władzy na Ziemi. Z dnia na dzień powiększa się łysina skalpowanej planety, szczególnie zauważalna i przerażająca w miastach i przy komunikacyjnych szlakach, już i tak z rzadka porośnięta drzewami, cherlawymi od intensywnego corocznego przycinania przez drogowców, i energetyków i zatrutymi od zimowego solenia dróg.
Drzewo (gr. déndron) według austriackiego filozofa i architekta F. Hundertwassera - to „najwspanialszy wytwór i szczyt ewolucyjnych możliwości natury”. Mawiał on, że „Największą wartością we współczesnym świecie jest przyroda, a w jej wielkim bogactwie - drzewa”, jako najdoskonalsze twory w świecie roślin, ewolucyjnie równorzędne człowiekowi. Były one uważane przez tego architekta za bardzo istotny element koncepcji urządzania miasta. Planował je zawsze w centralnych, dobrze eksponowanych miejscach, wkomponowywał w elewację budynków, sadził na dachach i balkonach. Mawiał, że są one mieszkańcami miasta i podobnie jak lokatorzy domów płacą nawet czynsz tylko, że w innej niż my walucie. Dendromieszczanie regulują należności za pobyt w mieście w postaci tlenu wydzielanego do atmosfery, podnosząc walory estetyczne, poprawiając klimat, filtrując powietrze i rzucając cień w skwarne letnie dni. Tam, gdzie nie można ich posadzić, należy wprowadzić swoisty ekwiwalent drzewa, którym jest kolumna.
Dla wielu ludzi drzewa przedstawiają dziś jedynie wartość materialną, liczoną w kubikach użytkowego drewna i dającą się łatwo przeliczyć na pieniądze. „Ludzie zdarli z Ziemi skalp bardziej krwawy, niż te wszystkie, jakie w formie trofeum zawisły kiedykolwiek u pasa najdzikszego barbarzyńcy” – tak pisała przed pół wiekiem Antonina Leńkowa w książce „Oskalpowana Ziemia”. Czy dziś jeszcze ostrzej sformułowałaby swoje myśli, gdyby popatrzyła na to, co robią ludzie z życiodajną zielenią, usprawiedliwiając się przy pomocy modnych i niezrozumiałych dla większości słów, jak rekonstrukcja krajobrazu czy rewitalizacja miasta? Co by powiedziała, patrząc jak giną pod toporem przydrożne aleje drzew w mazurskim krajobrazie? Za wszelką cenę upowszechnia się w społeczeństwie przekonanie, że drzewa to zabójcy czyhający przy drogach na niewinnych kierowców, zawalidrogi po wichurach, śmieciuchy, po których jesienią trzeba sprzątać zrzucone liście. Wskaźnik społecznej dendrofobii osiąga dziś swoje apogeum. Czy to jest jakiś znak schyłku naszej cywilizacji?
Jak napisał prof. Stefan Kozłowski w książce „Przyszłość ekorozwoju”, upadek wielu poprzedzających nas kultur miał zawsze swe podłoże w ignorowaniu praw przyrody. Niszczenie lasów uruchamiało w każdym odnotowanym przez historyków przypadku lawinę katastrof i nieszczęść, jak erozja gleby, przesuszanie terenów i w efekcie stepowienie i pustynnienie. Spichlerzem Rzymu był w dawnych czasach obszar północnej Afryki, w tym duża część piaszczystej i jałowej dziś Sahary. Masową wycinkę drzew i wykarczowanie lasów wymienia się jako główne przyczyny pogrzebania w gruzach cywilizacji Majów i Khmerów. Wpatrzeni we wzrost gospodarczy, coraz bardziej wygodni i leniwi, czynimy dziś wszystko, aby błędy naszych poprzedników jeszcze raz popełnić, udowadniając tym samym, że historia wciąż musi zataczać bezsensowne koła. Nasza cywilizacja, foliofilna i dendrofobiczna, jakby chciała udowodnić to, co przewidywał przed laty Stanisław Lem - że jest jednorazowego użytku.
„Logika ludzkiego wnętrza zaprogramowana jest przez Boga na wewnętrzną harmonię, która ma swój wyraz w zewnętrznym wymiarze działania człowieka, w jego relacjach do świata, który go otacza i tworzy naturalne środowisko. Cokolwiek czynisz przeciwko naturze, pokazujesz, jaka dewiacja jest w twoim myśleniu i jak daleko jesteś od Boga”. Tymi słowami do poszanowania przyrody i dostrzeżenia w niej wielkiej wartości danej od Stwórcy przekonywał wiernych biskup Zbigniew Kiernikowski w jednej z katechez przed paroma laty, gdy Episkopat Polski propagował program sadzenia pomnikowych drzew dla upamiętnienia wielkich Polaków, w tym Jana Pawła II, Prymasa Tysiąclecia kardynała Stefana Wyszyńskiego i innych osób zasłużonych dla lokalnych środowisk. Czy jednak któreś z tych drzew posadzonych w blasku jupiterów nie otrzyma za kilkadziesiąt lat wyroku śmierci, podpisanego przez nierozsądnego wójta lub burmistrza, z błahą argumentacją, że jesienią zaśmieca liśćmi teren prywatnej działki, której leniwy gospodarz odczuwa wstręt do ich zgrabiania? Przypadki takie mają niestety dziś miejsce nawet na terenach parków krajobrazowych, gdzie drzewa są głównym elementem fizjonomii przyrody. Niestety ze względu na dziurawe polskie prawo, a może raczej na różne chroniące decydentów powiązania i układy, przypadki te pozostają najczęściej bezkarne. Potrzeba nam dziś ludzi myślących tak jak generał Dezydery Chłapowski, który na początku XIX w. w swoim majątku w Turwi pod Poznaniem zakładał zadrzewienia śródpolne jako ochronę przed stepowieniem wielkopolskich pól. Gdyby jego działania konsekwentnie kontynuowano, może dziś wielkopolska ziemia nie przeżywałaby tak dotkliwego deficytu wody.
Szczególnie wiosną każdego roku w wielu miejscach naszego kraju oglądać można krajobrazy jak po bitwie, pełne „trupów” dorodnych zdrowych drzew. Jest to świadectwo tego, jak daleko jesteśmy wyalienowani z przyrody i jak blisko nam do poglądów technokratów – ekskluzjonistów, głoszących że to, co naturalne trzeba będzie w przyszłości zastąpić sztucznym, bo zieleń w betonowych koszmarnych miskach bardziej pasuje do miejskiego krajobrazu niż ta rosnąca w sposób ukształtowany przez naturę. Ale wielu ludzi lubuje się dziś w tym, co nienaturalne, i jeszcze to głośno manifestuje. „Kultura wyszła z przyrody,  a potem zwróciła się przeciwko niej” – tak pisał w manifeście przyrodniczym „Kultura, a natura” Jan Gwalbert Palikowski w 1912 roku. Żyjemy właśnie w takich czasach, w których „kultura?” (ale jaka?) degraduje naturę, a obrońców wartości przyrody traktuje się jako przeciwników postępu i rozwoju oraz nazywa pogardliwie „ekologami”.
Współczesny człowiek daleko odszedł od swojego praprzodka, dla którego korona drzewa stanowiła bezpieczny dom i pełną miskę. Wielu dziś żyjących ludzi bardzo wstydzi się przeszłości do tego stopnia, że ze swojego otoczenia chcieliby drzewa usunąć, traktując je jako symbol społecznego i cywilizacyjnego zacofania. Wielu przedstawicieli władzy samorządowej i rządowej to ludzie z technokratycznym nastawieniem do otoczenia, próbujący to co naturalne zastąpić tym co sztuczne, głosząc przy tym pogląd, że przecież sztuczna palma nie gubi liści, które spadając z drzew naturalnych tak bardzo uprzykrzają nam życie w czasie jesiennych dni. W niejednym mieście można zaobserwować to, że dla elity zarządzającej jednym z najważniejszych i najpilniejszych problemów do rozwiązania jest wycięcie drzew. W ich pojęciu zagrażają one przecież życiu ludzi, więc na wszelki wypadek, by nie mieć kłopotów i nie płacić odszkodowań, należy je profilaktycznie wyciąć. Jak każdy przecież wie, drzewo może się złamać niszcząc samochód, na drzewach siadają ptaki zanieczyszczające okolicę i roznoszące pasożytnicze choroby, a ponadto przyciągają one komary i kleszcze, ciągnące do chłodu i cienia w upalne dni. Drzewa mają tę niekorzystną cechę, że rosną przeważnie tam, gdzie wypadają z trasy samochody, prowadzone najczęściej przez młodzieńców bez doświadczenia i wyobraźni. W powszechnej opinii to one, a nie kierowcy, są przyczyną wielu drogowych nieszczęść.
Wiele osób mieszka dziś w ogolonych z drzew i zieleni betonowych pustyniach. Drzewa są wycinane z przyczyn, które myślącym ludziom wydają się kompletnie niezrozumiałe, snobistyczne, krótkowzroczne, nieracjonalne. Jeszcze wczoraj, tydzień, a może rok temu w wielu miejscach wokół nas rosły drzewa - wspaniali świadkowie historii, majestatyczne, wyniosłe, dostojne – jednym słowem piękne i na dodatek muzykalne, bo szumiące nieustannie o tym, co przeminęło. Ile w tym szumie jest krytyki ludzkiego postępowania? Wystarczy chwila, bo przecież tyle trwa dziś położenie na ziemi nawet kilkuwiekowego olbrzyma, aby zniszczyć to, co dla wielu ludzi jest wartością nie dającą się przeliczyć na żadne pieniądze. Drzewo, tak hojnie obdzielające wszystkich po równo - wrogów i przyjaciół - życiodajnym tlenem i wzmacniające przechodniów w upalne dni cieniem swojej korony – „Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie! Nie dojdzie Cię tu słońce, przyrzekam ja Tobie” – zachęcał Jan Kochanowski we fraszce „Na lipę”.
Osoby zarządzające drogami, miejską zielenią, cmentarzami, zlecają często wycinkę drzew kierując się sobie tylko znaną logiką. Ktoś na tym doraźnie wzbogaca się materialnymi zdrewniałymi szczątkami, z których można wykonać parkiet, czy boazerię, większość jednak traci wartości niematerialne – estetyczne, krajobrazowe, klimatyczne, zdrowotne.
Ci, którzy w sposób nieracjonalny pozbawiają nas drzew, szczególnie w miastach i przy drogach, nie powinni sprawować ważnych publicznych funkcji, bo będąc wrogo ustosunkowani do przyrody dają świadectwo tego, że nie liczą się z potrzebami innych ludzi. Oni po prostu żyją w cieniu swojej wielkości i dlatego drzewa nie są im potrzebne.
Nasz stosunek do drzew jest wskaźnikiem stosunku do drugiego człowieka. Stare i chore drzewa nim zostaną wycięte, mogą być przecież leczone. Ale wiele osób na poważnie myśli dziś o eutanazji starych schorowanych ludzi, to co dopiero mówić o leczeniu drzew? Leczenie wymaga kłopotliwych starań o pieniądze i niemało organizacyjnego trudu, a komu chce się w dzisiejszych czasach pokonywać biurokratyczne przeszkody w postaci skomplikowanych procedur w różnych ekofunduszach? Lenistwo staje się naszą cechą narodową. Warto jednak pokonywać te trudności, bowiem drzewa w naszym otoczeniu działają jak lekarstwo uzdrawiające zarówno duszę, jak i ciało. „Drzewa – swym tchnieniem odnawiają we mnie siły witalne, chęć do życia. W nich szukam uspokojenia, wyciszenia, zapomnienia. Są dla mnie powodem do radości” – tak napisała jedna ze studentek uczestniczących w badaniach ankietowych poświęconych problematyce prośrodowiskowych postaw młodzieży. Inna osoba złożyła takie oto wyznanie: „Pochodzę ze wsi. Zawsze wiosną za moim oknem rozkwitały jabłonie. Były już bardzo stare, ale kwiaty miały wyjątkowo piękne – białoróżowe. Choć już nie mieszkam tam gdzie dawniej, to do dziś mam duży sentyment do tych drzew. Nasuwają mi na myśl wiele wspomnień i refleksji. Szkoda, że na podwórku przed blokiem nie ma jabłoni”. Popatrzmy zatem na drzewa inaczej, po przyjacielsku, a staniemy się życzliwsi dla otaczających nas ludzi, bo jak napisał ks. prof. Józef Tischner: „Bliskość z naturą zmienia odbiór świata”. Bliskość z drzewami sprawia, że stajemy się po prostu wrażliwsi, a to wystarcza, aby świat zmieniał się z dnia na dzień na lepszy i piękniejszy. „Kto sadzi nowe drzewa, ten sieje ziarna pokoju” – to powszechnie znane słowa Wangari Mathai wypowiedziane na ceremonii wręczania Pokojowej Nagrody Nobla w 2004 r.
Chciałoby się pomarzyć, aby drzewa cieszyły nas wszystkich swoim wrodzonym pięknem, nie tylko za życia, ale także po śmierci. Gdy o tym piszę, ogarnia mnie jednak niepokój, gdyż nastawienie wielu administratorów cmentarzy do drzew jest bardzo niechętne. Zanim wytniecie, zapytajcie umarłych, czy przeszkadzają im drzewa? Wiele zapobiegliwych osób już za życia myśli o swojej śmierci, przygotowując dla siebie i bliskich godne miejsce wiecznego spoczynku. Na cmentarzach powstają piękne „wymarzone” nagrobki, na których brakuje tylko daty nadejścia ostatniej godziny. Obserwując cmentarną rzeczywistość, można odkryć wiele często sprzecznych ze sobą cech ludzi. Z jednej strony widać wielki rozmach i przepych, przejawiający się w wielkości i wystroju nagrobków, analogicznie do dążeń faraonów w historycznych czasach. Jednak przede wszystkim daje się zauważyć cmentarną rozrzutność, często pomimo materialnej biedy. Jakże często widoczne jest niechlujstwo, szczególnie w okolicach płotów i na terenach sąsiadujących z cmentarzem, gdzie zalegają stosy plastikowej, szklanej i organicznej masy. To jednak wielu ludziom nie przeszkadza, co innego parę liści opadłych na grób bliskiej osoby lub własny, przygotowany przezornie za życia.
Każdy cmentarz jest miejscem świętym i mającym dla nas wielkie znaczenie, bo tam leżą prochy ludzi, których znaliśmy, ceniliśmy, którzy dali nam życie. Chociaż odeszli darzymy ich miłością. Wielu ludzi widzi swoje zobowiązania wobec zmarłych poprzez pryzmat nagrobka, i dlatego w ich postępowaniu widoczna jest często przesadna troska o jego wielkość i estetykę. Logicznie trudno jest wytłumaczyć zjawisko spotykane na wielu cmentarzach, także tych położonych w krajobrazie chronionym prawem - masowego wycinania drzew.
W kulturze amerykańskiej, czy powiedzmy zachodniej, cmentarze wyglądają zupełnie inaczej i widok kosiarki strzygącej cmentarny trawnik jest czymś zupełnie normalnym. Nie spieszmy się jednak, aby pod tym względem dorównać zachodowi, i dołóżmy starań, aby cmentarze
z grobami wkomponowanymi w piękną naturalną zieleń, z pomnikowymi drzewami jako wspaniałą ozdobą i miejscem życia śpiewających ptaków, nie zginęły z naszej rzeczywistości. Spadające jesienią liście nie stanowią przecież większego problemu. To także oznaka przemijania. Trudno także dostrzec zagrożenie zdrowia czy życia osób odwiedzających cmentarze, jeśli drzewa leczy się i w porę usuwa spróchniałe konary lub zabiegami chirurgicznymi obniża środek ciężkości, by się nie wywróciły. Przy minimalnym finansowym wkładzie własnym można na ten cel otrzymać dotację ze środowiskowych funduszy. To nie wypastowany, martwy kamień, stanowi o pięknie cmentarza. Zapalonych drwali należy przekonywać o tym, że wycinki cmentarnych drzew nie życzą sobie przede wszystkim prawowici właściciele tego terenu – osoby zmarłe. W cieniu dorodnych szumiących drzew ukryta jest niepowtarzalna atmosfera i klimat cmentarza, bowiem w ich kształtach i liściach można się doszukać materialnych cząstek tych, którzy są już po drugiej stronie. Pamiętając o ziemskim przemijaniu, bez pośpiechu do przekroczenia progu nadziei, sformułowałem takie oto testamentalne życzenie: „A gdy już dojdę do celu, połóżcie mnie pod drzewem. Chcę w jego liściach wysoko mieć oczy, by dalej zachwycać się Ziemią i Niebem”. Mając nadzieję na to, że dusze cieszą się bliskością Stwórcy, nie skazujmy doczesnych szczątków zmarłych na niczym nie osłonięty żar słońca. Od niego też szybciej wypłowieją nagrobne kamienie, tak pieczołowicie czyszczone szczególnie w październikowe dni. Chrońmy drzewa na cmentarzach, bo one symbolizują potęgę życia w miejscach powszechnie kojarzonych wyłącznie ze śmiercią. Chrońmy drzewa skupione w przydrożne pomnikowe aleje, jak chociażby zabytkowa aleja lipowa w Ceranowie nad Bugiem, gdzie ponad 400 drzew rośnie po obu stronach asfaltowej drogi, zapewniając podróżnym romantyczną jazdę pod parasolem koron w upalne letnie dni. Chrońmy także zadrzewienia śródpolne, i te siedzące samotnie na miedzach pojedyncze drzewa, bo bez nich trudno jest ekologicznymi metodami prowadzić gospodarstwa rolne, a tym samym wdrażać w życie zasadę zrównoważonego rozwoju, dla której utworzono obszar funkcjonalny Zielonych Płuc Polski.
Apeluję do wszystkich światłych ludzi, aby przekonywali swoich bliskich i sąsiadów do ochrony drzew. Politykom przypominam, że co pewien czas są wybory, a przecież drzewa to wasze ulubione miejsca do przybijania przedwyborczych plakatów, pełnych ekologicznych frazesów. Zastanówcie się nad tym, gdzie powiesicie propagandowe materiały, zanim padnie ostatnie drzewo, bo nie sądzę, żebyście od tej bardzo nagannej praktyki odstąpili.
Akcja zawsze wywołuje reakcję. Wbijając w pnie zdrowych drzew ostrze siekiery, należy liczyć się zawsze z tym, że możemy oberwać bardzo boleśnie obuchem. Przyrody bowiem nie można ignorować. Trzeba pamiętać, że w wyniku suszy czy gwałtownych powodzi - następstw skalpowania Ziemi - ucierpią wszyscy. Nie bądźmy zatem obojętni na to, co wokół nas się dzieje. Wszyscy drwale i ich mocodawcy powinni także wiedzieć (może właśnie od nas), że bezsensownie niszcząc przyrodę demoralizują młodzież, dając jej zły przykład, zupełnie niepasujący do prowadzonego w ramach ONZ – owskiej Dekady Edukacji dla Zrównoważonego Rozwoju kształcenia środowiskowego, opartego na wiedzy i doświadczeniu.

 

 

Materiały źródłowe wykorzystane w artykule:
1. Antonina Leńkowa, Oskalpowana Ziemia, PAN, Kraków, 1961
2. Stefan Kozłowski, Przyszłość ekorozwoju, KUL, Lublin, 2005
3. Napoleon Wolański, Ekologia człowieka. Ewolucja i dostosowanie biokulturowe, PWN, Warszawa, 2008.

 

 

 

Szukaj

Losowe zdjęcie

kolędnicy z Wiszów n...
Image Detail

Dodaj do ulubioych...